Joanna chciała tylko wydostać się z domu. Marta przez lata walczyła o internet na wsi. Iwona dostrzegła, że w Polsce łatwiej o pracę jest niepełnosprawnym ruchowo niż wzrokowo. Oto trzy kobiety, które mimo niepełnosprawności próbują odnaleźć się na rynku pracy.
– Skończyłam tylko szkołę podstawową. I to jeszcze indywidualnie. Ciągle się łamałam. Ból był nie do wytrzymania. Nie miałam sił do nauki – opowiada Joanna Dawidenko, 33-latka z Kędzierzyna-Koźla. Porusza się na wózku. Od urodzenia choruje na wrodzoną łamliwość kości. Większość czasu spędzała w domu, z mamą. – Brat podrzucał czasem dzieci, to pomagałam w ich wychowaniu – dodaje. I tak upływał jej czas. Żyła z renty – socjalnej i tej po zmarłym ojcu. O podjęciu pracy nie było mowy.
– Tu nawet pełnosprawni są bezrobotni, a co dopiero ktoś taki jak ja – mówi Marta Świć, 30-latka z Kuraszewa – niewielkiej wsi na Lubelszczyźnie. Choruje na mózgowe porażenie dziecięce. Do niedawna jeździła na wózku. Zawsze chciała normalnie pracować. Już tak jest nauczona, żeby zawsze o siebie walczyć. Nikt nie chował jej pod kloszem.
– To pewnie dlatego, że mam trójkę rodzeństwa. Mama nie mogła mi poświęcać zbyt dużo uwagi i to na dobre mi wyszło – opowiada. Po swoich niepełnosprawnych znajomych widzi, że problemem wielu z nich są nadopiekuńczy rodzice. – Nie są samodzielni. Boją się świata. Całe życie siedzą w domu. A mi od małego mama kazała wychodzić na podwórko. To nie tak, że skończyłam 27 lat i sąsiedzi nagle dowiedzieli się, że istnieję – mówi.
Iwona, 27-letnia studentka z Katowic, o swojej chorobie nie chce za wiele mówić. W skrócie: niepełnosprawność wzrokowa. Z komputerem radzi sobie jednak świetnie. Myślała, że bez problemów znajdzie pracę. Tymczasem przez trzy lata nikt nie chciał jej zatrudnić. – Ogłoszenia, tysiące rozmów kwalifikacyjnych, szukanie po znajomości, no i przeglądanie portali dla niepełnosprawnych. Ale efekt jeden: nikt nie chce ludzi ślepych, lecz niepełnosprawnych „inaczej” – żali się. Pracodawcy wykręcali się na wszystkie sposoby: – Mówili, że jak będę pracować na komputerze, to jeszcze bardziej popsuję sobie wzrok.
Iwona pasjonuje się szachami. Jeździ na turnieje kilka razy w roku. Chętnie opowiadała o tym na rozmowach kwalifikacyjnych: – Pracodawcy znaleźli nowy argument przeciwko mnie: „pewnie będziesz brać urlop za często”.
Pół miasta kupuje windę
Joannę odwiedzam w jej domu. Nie mam problemów z trafieniem. Wprawdzie mieszka w jednym z kędzierzyńskich mrówkowców. Ale jej jest charakterystyczny. Z dobudowaną windą do mieszkania na parterze. Niby zwykła winda, ale dla Joanny stała się przepustką do normalnego życia.
– Dwa lata temu zachorowała mama. Na kręgosłup. Nie mogła mnie nosić, więc już zupełnie z domu wyjść nie mogłam. Sąsiadów mam pomocnych, ale nie chciałam być zdana na ich łaskę – mówi. Za namową dyrektorki Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie zawalczyła o windę. – Strasznie droga była. PFRON mógł dać tylko część kwoty, więc trzeba było resztę uzbierać.
I na windę dla Joanny zrzuciło się pół miasta: – Organizowano dla mnie imprezy i mecze charytatywne. Pomogli prywatni przedsiębiorcy, samorządowcy i fundacje. Każdy troszkę dorzucił i uzbierałam te 60 tysięcy zł. Jak już udało się z windą to chciałam iść za ciosem. Nieśmiało pomyślałam – może zacznę pracować?
Marta trzy lata temu dowiedziała się, że mogłaby chodzić. – Zupełnie przez przypadek, w trakcie rehabilitacji. Najpierw byłam zła i rozżalona. Dlaczego nikt wcześniej mi nie powiedział? – pyta Marta. W liceum dla niepełnosprawnych wciąż słyszałam, że do niczego się nie nadaję i zawsze już będę jeździć na wózku.
Długo się jednak nie namyślała, przeszła operację nóg. – Najpierw był balkonik, a teraz uczę się już chodzić o kulach – samodzielnie.
Dla Marty nie ma barier: – Jak masz zdrowy umysł i ręce to możesz wszystko – przekonuje. Ukończyła więc kurs komputerowy organizowany przez Fundację Fuga Mundi i już wiedziała, że istnieje możliwość telepracy. Propozycji po kursie miała wiele, interesowała się ofertami. Był tylko jeden problem – brak internetu. Marta, jak często na polskiej wsi, korzystała z modemu sieci komórkowej lub centrali analogowej. – Taki rodzaj połączenia był źródłem informacji, ale nie dało się pracować.
Przed Iwoną natomiast pojawiła się szansa pracy w spółdzielni socjalnej. Informacja trafiła do niej pocztą pantoflową. Znajomy znajomego polecał i postanowiła spróbować. – Propozycja pracy w biurze i przy projektach unijnych brzmiała bardzo atrakcyjnie – mówi. Trzeba było tylko zdobyć pieniądze na wkład własny do spółdzielni. Wszystkie formalności wzięli na siebie pozostali członkowie. Iwona miała tylko cierpliwie czekać.
Ogłoszenie z tytułem „Pilne”
Joanna ma internet od 5 lat, ale dopiero niedawno przekonała się, że da się dzięki temu pracować. Początkowo była nieufna. – Szybko się zniechęcam. Wyszukuję sobie problemy. Wystarczy drobna bariera i odpuszczam. Poza tym tyle się słyszy o nieuczciwych pracodawcach i oszustach. Firmy przyjmują osoby niepełnosprawne, a płacą im marny grosz.
Joanny nie odpuściła sobie jednak dyrektorka Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie. – Namówiła mnie na darmowy kurs komputerowy finansowany przez Fundację Dla Dobra Publicznego. Tam były zajęcia z psychologiem. Uczono nas asertywności i tego, jak rozmawiać z pracodawcą. To już były konkretne umiejętności.
– Zaczęłam wypisywać na portalach pracy ogłoszenia zatytułowane „PILNE”. Ktoś życzliwy je zobaczył i dał namiary na wiarygodnego pracodawcę. Wysłałam cv, list motywacyjny... No i tak już pracuję osiem miesięcy – opowiada z uśmiechem.
Joanna pracuje zdalnie. Wyszukuje informacje o przetargach i przygotowuje dla nich dokumentację. Swojego pracodawcy nigdy nie widziała. Ale musi być z niej zadowolony: – Mam pracę na pełen etat, płacą mi dobrze, a i premię czasem dostanę za dobre wyniki – mówi. Wszystko co potrzebowałam to komputer, stałe łącze i komunikatory. Laptop chcieli mi przysłać z pracy. Ale odmówiłam. Miałam już własny – żartuje.
Marta natomiast doczekała się w końcu stałego łącza. Doczekała się też pracy. Zresztą rynek telepracy miała już dobrze rozeznany. Tak jak Joanna zajmuje się wyszukiwaniem informacji w internecie. Pełen etat, elastyczny czas pracy, godziwa pensja. Może nawet pracują w tej samej firmie, choć dzielą je setki kilometrów. – Prawda jest taka, że gdybym mieszkała w większej miejscowości, to pracować mogłabym już od wielu lat – mówi z żalem.
Iwona tymczasem wiele miesięcy czekała na przyznanie środków na wkład własny do spółdzielni. – Pierwszy wniosek szybko odrzucono z powodu braku środków. Potem był jeszcze drugi, trzeci / FOT. Ł. SOKÓŁ />/i czwarty wniosek. I nic. Lipa. Czekałam naprawdę cierpliwie – opowiada. Iwona sama już nie wie czy rzeczywiście zabrakło pieniędzy, czy z wnioskami były jakieś problemy.
Przez 11 miesięcy zarobiła w spółdzielni 700 zł i cierpliwość jej się skończyła. Zaś do spółdzielczości socjalnej serce straciła na zawsze.
Wreszcie własne pieniądze
Iwonie po odejściu ze spółdzielni pomogła znajoma. Przez znajomości znalazła dla niej pracę... fizyczną przy pakowaniu towaru. Zupełnie poniżej jej kwalifikacji i ambicji. Tu nikogo nie interesuje jej niepełnosprawność: – Ale też nie mam lekko. Trzeba zasuwać po osiem godzin. Ale ogólnie jestem zadowolona. Wreszcie mam własne pieniądze – podsumowuje.
Największą radością jaką Marta czerpie z pracy jest poczucie normalności: – Mam to, co zdrowi ludzie. Wiem, że muszę rano wstać i zacząć pracować. To mobilizuje. Może to głupie, ale ja się nawet cieszę, że mi tę rentę zabrali. Dla mnie to było jak jałmużna – mówi.
Z internetem Marta się wprawdzie uporała, ale życie na wsi nadal daje się jej we znaki. – Muszę jeździć na rehabilitację, a transport tu nie jest dobry. Ktoś musi mi też pomóc. Mam problemy z orientacją w terenie. W większych miastach się gubię – opowiada. Więc Marta co jakiś czas, na tydzień lub dwa, idzie do szpitala, by przejść kompleksową terapię. – Nie mogę brać takich urlopów, więc czeka mnie chyba wybór między pracą a zdrowiem – podsumowuje.
Wielu ludzi wciąż nie dowierza, że Joanna pracuje. – Jak już kogoś przekonam, to i tak śmieją się, że na pewno nic mi w tej pracy nie płacą – żali się.
A może firmom opłaca się zatrudniać niepełnosprawnych? Dostają dofinansowanie, redukują koszty... – pytam. Ale Joannę to nie interesuje. – Najważniejsze, że dają legalną pracę i uczciwie płacą. A co tam im PFRON daje to już nie moja sprawa – przekonuje.
Joanna prywatnie też jest bardzo aktywna. Nie boi się wychodzić z domu. Spotyka się z przyjaciółmi w pubie czy na dyskotece. – Niektórzy chyba chcieliby, żebym się nie pokazywała. I co? Miałabym siedzieć w domu i odmawiać różaniec? – pyta. Teraz szykuje się na kurs prawa jazdy. – Znalazłam specjalny ośrodek szkoleniowy. Upewniłam się tylko, czy z moimi problemami na pewno dam radę. Ale kazali mi śmiało przyjeżdżać.
Tylko pani Barbara, mama Joanny, nie nadąża już nad pomysłami córki: – Ona ciągle sobie coś nowego wynajduje. I wszystko realizuje. Strasznie jestem z niej dumna. Tyle lat były problemy – choroba Joasi i męża. To mi się już żyć nie chciało. A odkąd zaczęła pracować, wszystko się tak dobrze układa.